Witaj! ZALOGUJ SIĘ

Moja emigracja

Czy ja sobie wymarzyłam emigrację ?

Czy zasypiając snułam wizję swojego pięknego innego nowego życia tysiąc kilometrów od ówczesnego „być " ?

Czy planowałam, biorąc wszystkie za i przeciw, skrupulatnie weryfikując każdy krok, a palcem jeżdżąc po mapie szukałam nowego, pięknego miejsca na inną lepszą przyszłość ?

Czy miałam na to czas, a jeśli to ile ?

Nic z tych rzeczy.

Żadnych daleko idących planów, żadnych większych przygotowań, żadnego czasu na analizowanie wszelkich za i przeciw. Czasami tak się w życiu układa. Ruszam przed siebie w obce, nieznane mi miejsce. Pakuję walizkę i nie czuję żadnych emocji, jakbym była zupełnie pusta. Ani strachu, ani obaw, ani nadziei. Jakby wszystko odeszło i było poza mną, a ja zupełnie nie mam na to wpływu , żadnej kontroli ...

Wiem tylko jedno  - nie mam wyjścia. Jeśli chcę zawalczyć o siebie i swoją rodzinę - muszę.

Dopinam walizki, trochę ubrań i najpotrzebniejszych rzeczy - książka, tablet , notatnik …jakbym miała za dwa tygodnie wrócić.

Żegnam się z córką. Ma 17 lat. Tylko 17 lat. Niewinnie i bezradnie stoi w progu. Cały jej świat zapakowany w torby, kartony i reklamówki leży obok. Czekamy na jej ojca, zamieszka u niego. Podjęła taką decyzję, dla mnie bolesną, ale szanuje jej wybór. Wiem, że nie mam prawa wyrwać jej z korzeniami mamiąc opowieściami o cudownym lepszym życiu w miejscu, do którego zmierzam. Najboleśniejszy moment, jaki pamiętam - łzy i strach mojego dziecka, a ja nie umiem powiedzieć nic mądrego  - żadne  „zaraz wracam",  „będzie dobrze"… bo przecież obie wiemy, że nic nie wiemy… Ani ona, ani ja. Zdajemy sobie tylko z jednego sprawę - od tej chwili nie będzie już nas, że właśnie teraz nadchodzi nowe, niepewne, inne jutro  - dla niej tutaj, dla mnie tam. I że ta rozłąka, to rozpacz...  Młodszy syn ma 7 lat, nie bardzo rozumie, co się dzieje.  Tak trudno to wytłumaczyć. Wie, że zostaje z babcią, a mama jedzie. Jedzie, ale po niego wróci, bo przecież wraca zawsze. Ufnie wtula się we mnie, nie płacze, głaska rączką, mówi, że kocha, że będziemy dzwonić, że niedługo święta, a w święta zawsze jesteśmy wszyscy razem ...

Ruszam ... Ruszamy ... Będę silna… muszę ...

Ta chwila była najdłuższą, jaką pamiętam. Pożegnać dzieci, zostawić je w poczuciu bezpieczeństwa na tyle, na ile mogę. A samej, nie czując gruntu pod nogami  obiecać, że wrócę samej nie wiedząc kiedy. Nie zawieść siebie, ale przede wszystkim ich.  Czy wygram tą życiową rewolucję ? Czy kiedyś mi za to podziękują ? A może do końca życia będą nosić w sercu żal i piętno moich szalonych decyzji  ?
Bo kiedy ma się 20 lat, wiatr we włosach, życie bez zobowiązań i milion marzeń wszystko wygląda inaczej. To jest tylko Twoje życie, ale kiedy jest rodzina, a Twoja decyzja wyrywa z korzeniami kilka żyć i wywraca je do góry nogami, to już nie jest to tylko Twoje. To nie Twój wiatr we włosach, Twoja pogoń za marzeniami. To wielka odpowiedzialność za wszystkich.

Kiedy przyjeżdżasz do całkiem obcego kraju - nikt Cię nie wita, nie czeka na Ciebie załatwiona wcześniej praca. Żaden ciepły, mały, własny kąt, w którym możesz poczuć się bezpiecznie. Kiedy potrafisz powiedzieć tylko „danke” i „bitte”, a w dowodzie masz 40 lat, to uwierzcie, że to w pełnym wydaniu Hardcore. Hardcore, który z pełna odpowiedzialnością sama sobie zafundowałam. Ani  chwili nie zwątpiłam, bo wiedziałam jedno  - że jeśli już powiedziałam „A” , to nie ma szans, żeby przerwać alfabet. No bo jeśli nie ja, to kto ?

Ciężko przywrócić wspomnienia kiedy osoby, która poprowadziła Cię tutaj za rękę, użyczyła pierwszego dachu nad głową, otoczyła cudowną opieką na miarę swoich możliwości,  niestety już nie ma wśród nas. Sylwek odszedł 2 lata temu w Święta Bożego Narodzenia. Wspaniały, cudowny, dobry człowiek, którego życie przejechało niczym walec i zapędziło w alkohol. Alkohol, który go w wieku 45 lat zabił. To On każdego dnia, na mniejszym czy większym kacu, ponosił się z łóżka,  żeby biegać z nami na umówione terminy. Niski chłopak, z wagą 130 kg, którego ciągałam za sobą niczym „anioła stróża”.  Bo taki był i mimo wszystko takim go zapamiętam, bo tylko dzięki niemu w niecały miesiąc wynajęliśmy mieszkanie, podjęliśmy z mężem pracę, a w grudniu pojechaliśmy po syna, by ten już od stycznia rozpoczął naukę w nowej szkole. Sylwester zawsze powtarzał, że to moja upartość, moja zasługa, moja determinacja pozwolą osiągnąć sukces. Bo on… on tylko idzie tam, gdzie „Pani Kierownik” zarządzi. Taki był ... takiego go zapamiętam ... Bo nawet jak płakałam i błagałam, żeby podniósł się pijany z łóżka i biegł ze mną na termin  - wstawał i szedł. Trzeźwiał po drodze zagryzając bułkę z piekarni i zawsze z uśmiechem i spokojem powtarzał „Bedzie dobrze Moni", co przyprawiało mnie o histerię i utratę zmysłów.  I jeśli ktokolwiek kiedykolwiek zapyta mnie, dzięki komu jestem tu, gdzie jestem i mam to, co mam , to tylko dzięki Niemu. W wielkiej burzy i strachu „budowałam” swój nowy dom tutaj, w nowym kraju,  ale to on postawił fundamenty i za to będę mu zawsze wdzięczna .

Jeżeli do tej pory wydawało Ci się, że Twój charakter w wieku 42 lat ukształtowany jest niczym gipsowy odlew, spróbuj wyruszyć na taką „życiową wycieczkę bez powrotu".
Zostawiasz dzieci, z jedna walizką wyruszasz do miejscowości, którą znasz tylko z mapy i masz cel zostać w niej już na zawsze. Zapewniam Was  - dopiero wówczas poznajesz naprawdę siebie, jaki potencjał w Tobie drzemie, ile tak naprawdę jesteś w stanie unieść i jakie uśpione instynkty jesteś sam w sobie w stanie obudzić. Jak pogubić własną wartość, kiedy z tytułami przed nazwiskiem nagle musisz złapać za miotłę i z pokorą zarabiać na chleb. Budzić się każdego ranka ze świadomością potwornej samotności, kiedy jedyną formą kontaktu z przyjacielem pozostaje internet.
Każdy dzień był kolejnym trudnym wyzwaniem, mierzeniem z nowym, nieznanym. Ale czas płynął, a ja czułam, że zaczyna grać na moją korzyść i każdego dnia mogę więcej, niż mi się wydaje. Że zaczynam odkrywać w sobie to, czego dotychczas nie znałam. Że poznaję nową siebie.

Trzeci rok mojej emigracji minął tego roku w grudniu. Gdzie dzisiaj jestem ?

Mieszkam w maleńkim miasteczku blisko Dusseldorfu. Prowadzę własną firmę, czyli kontynuuje to, na czym po latach poległam w naszej pięknej Polsce. Zajmuje się handlem, który był, jest i będzie chyba zawsze moim powołaniem w przeciwieństwie do wykształconego fachu rehabilitanta, jaki lata temu nabyłam w kraju. Pracuje nad językiem, który nadal jest dla mnie problemem i nie po drodze mi do sukcesu w tej profesji.  Brak płynnej komunikacji niestety bardzo ogranicza samodzielność,  a co za tym idzie też prywatność. Zmusza do przysłowiowego „wiszenia” na ludziach i uzależnienia od nich. To chyba na dziś moja największa trauma prosić o pomoc, mieć poczucie związanych rąk, kiedy chcesz coś załatwić a wiesz, że sama nie dasz rady. A żeby ktokolwiek Ci pomógł, musisz zaprosić go do swojego własnego świata i podzielić się - czasem sporą - prywatnością, a to nie jest łatwe.
No ale małymi krokami ciągle do przodu.

Razem z mężem prowadzimy firmę, która świetnie się rozwija. Sprzedajemy online markową odzież, aktualnie jesteśmy w trakcie otwierania sklepu internetowego i poszerzenie zasięgu sprzedaży na całe Niemcy, Belgię i Holandię. Nasz syn skończył w tym roku z wyróżnieniem Grundschule i dostał się do Gimnasium. Świetnie zintegrował się z dziećmi, doskonale komunikuje się w języku niemieckim i tak naprawdę chyba najmniej odczuł stres emigracji, a integrację przeszedł najbardziej łagodnie.
Moja 17-latka za chwilę kończy 21 lat. Decyzja o pozostaniu w Polsce pozostaje bezzmienna . Po roku mieszkania z ojcem usamodzielniła się. Kończy szkołę, pracuje, wynajmuje mieszkanie i z naszą pomocą radzi sobie doskonale. Dbamy o to, aby jak najczęściej się odwiedzać. Tak, jak sobie obiecałam, 3-4 razy do roku przylatuje do nas, a my staramy się również jak najczęściej bywać w kraju.

Chciałabym to tak napisać, by przekaz leciał do Was dając wiarę, że można, Że czasem trzeba. Że warto iść w życiu na całość. Że chcieć, znaczy móc, bo przecież mój start to jak lot w kosmos bez skafandra. Więc jeśli mi się udało, to na pewno Tobie również. I chociaż nie zawsze było jak w bajce i chociaż kałuże łez wycierałam - nie żałuję.

Pełna ufności, pełna wiary, otwarta i zawsze pewna siebie zawalczyłam o swoje nowe być. Lgnęłam do ludzi, w internecie szukałam przyjaźni, by zabić poczucie samotności, które tak mocno krzyczało. Otwierałam się przed ludźmi pragnąc ich jak tlenu do życia. Z czasem okazało się, że tak nie można, że nie tędy droga, że nie tutaj, że nie każdy potrafi cieszyć się szczęściem, sukcesami drugiego. Że ludzie wolą wspierać Cię w niepowodzeniach, wycierać łzy, klepać po ramieniu mówiąc „będzie dobrze ", ale nie mogą znieść Twojego sukcesu. A Twoja szczerość i normalność postrzegane są jako coś zupełnie odwrotnego. Przeżyłam hejt i straszna porażkę, wycofałam się, zamknęłam swój świat na klucz i zrozumiałam, że tutaj jest  „inaczej". 

Nie mam żalu. Dziś mądrzejsza, spokojniejsza, bardziej rozważna, bogatsza o wiele nowych doświadczeń sięgam po nowe, piękne znajomości. Otaczam się dobrymi cudownymi ludźmi od których tak wiele jeszcze się uczę. To są dla mnie prawdziwe przyjaźnie - kiedy mogę czerpać i sama dawać, bo to dla mnie największa radość. Dziś wiem, że każda znajomość i ta owiana porażką i ta szlachetna, co trwa do dziś była i jest mi potrzebna. Że każdy człowiek, który staje na naszej drodze, nie staje bez przyczyny, bo całe nasze życie to ciągła droga do wiedzy, ciągła nauka i droga do nieba.
Moja emigracja ... To nie tylko moje 1000 km drogi w lęku o nową lepszą przyszłość . Moja emigracja to nowa ja ... Inna ja ... Lepsza ja.

Monika

 

PS. Jeśli szukasz więcej inspirujących historii i motywacji, czekam na Ciebie na moim fan page`u "Emigracja po Sukces" . Dołącz do wspaniałych ludzi, który - tak jak Ty - mieli odwagę, by wyjechać za granicę.  Znajdziesz tam wsparcie, motywację do działania i wiele pozytywnej energii. Do zobaczenia! 

Przedsiębiorcze, zaradne, ambitne kobiety zapraszam do grupy "Polki sobie radzą, społeczność przedsiębiorczych emigrantek". Grupy kobiet z całego świata, które nie czekają, tylko biorą sprawy w swoje ręce - uczą się, rozwijają, zakładają biznesy. Wspieramy się, motywujemy i inspirujemy nawzajem. Warto !

Zapraszam Cię również do pobrania darmowego E-BOOKA który przygotowałam specjalnie z myślą o emigrantach. Zatytułowałam go  "Bo wszystko zaczyna się od pierwszego kroku..." Sama jestem emigrantką i doskonale rozumiem, z czym się mierzymy. Jakie mamy wątpliwości, jakie potrzeby, czego się boimy i za czym najczęściej tęsknimy. Doskonale też wiem, że wszystko zaczyna się od pierwszej decyzji i pierwszego ruchu. Od małej zmiany, która pociąga za sobą kolejne. A wówczas ani się obejrzymy, a już jesteśmy na właściwej ścieżce :) Wierzę, że ten E-BOOK pomoże Ci zrobić pierwszy krok ! Znajdziesz w nim mądre i wartościowe ćwiczenia, dzięki którym spojrzysz na swoją emigrację jak na szansę. Historia Marty mocno Cię zainspiruje i wierzę, że gdy tylko dojdziesz do ostatniej strony ruszysz z impetem realizować swój cel.  Jaki on jest ? Nie wiem, co postrzegasz jako sukces. Ale czymkolwiek oby on nie był, ten e-book Cię na pewno zmotywuje do działania ! Zapisz się na newsletter i pobierz E-BOOK.  

Znajdziesz mnie również na Instagramie i LinkedIn

A jeśli spodobał Ci się ten artykuł - udostępnij ! Dziękuję ! <3

 

 

Ada Tomczak

Ten blog powstał ponieważ uważam, że nigdy nie jest za późno na zmiany. Ja przewróciłam swoje życie do góry nogami. Wiem, co to brak sił, by podnieść się z łóżka. Ale wiem również, że wszystko co złe też się kiedyś kończy. Codziennie ryzykuję, działam, podejmuję wyzwania, by moje życie było takie, jak chcę: zdrowe, aktywne, szczęśliwe. Ty również możesz to zrobić.

Czytaj dalej... ]

3 komentarzy

  • ewa
    ewa niedziela, 13 sierpień 2017 08:33 Link do komentarza

    Bardzo trafnie napisane w szczególności o tym ,że tu jest inaczej jak chodzi o relacje miedzyludzkie . Do czasu wjazdu do Niemiec wierzyłam ,że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie dziś dewiza się zmieniła na "prawdziwych przyjaciół poznaje się po tym jak znoszą twoj sukces" Żywie nadzieje, że to się kiedyś tu zmieni .Pozdrawiam o życzę powodzenia w prowadzeniu firm .

  • Emilia
    Emilia niedziela, 13 sierpień 2017 08:03 Link do komentarza

    A ja się z Panią Agnieszką nie zgodzę. Po pierwsze nie nam jest oceniać Pani Moniki a po drugie uważam że w każdym życiu u jednych mniej u jednych więcej dzieci mają miejsce smutne momenty. Ważne jest jak dzieci przez takie momenty przeprowadzimy. Ja uważam że mimo bólu który nie tylko dzieci ale jako matka dwojga synów, wiem musiała przeżyć także pani Monika, brnela do przodu. Ona dała swoim dzieciom przykład na to że o marzenia należy walczyć nigdy się nie poddawać niezależnie od wieku. A ile znacie matek że coś by chciało zrobić, nie robi ze strachu przed porażką, a dzieci bierze tylko jako tarcze, jako wymówki? A później zgorzkniale są zazdrosne o sukces innych kobiet? Do tego mało się ktos dzisiaj przyznaje. I jeśli sukcesem nie jest mimo bólu pokonanie leku i osiągnięcie wymarzonego celu to szczerze mówiąc chyba nie rozumiem pojęcia "sukces"

  • Agnieszka
    Agnieszka sobota, 12 sierpień 2017 21:30 Link do komentarza

    No nie wiem, czy to jest faktycznie sukces. Wydaje mi sie, że jest tu ewidentnie napisane, że zostawilas dzieci. I jestem pewna, że dzieci przez to przezyly traume. Choc maja sie teraz teoretycznie swietnie, nie sadze by ten moment zycia w ktorym je zostawilas byl dla nich piekny. Nie wiadomo tez chyba dlaczego wyjechalas? Nie pisalas- ze musialas, ze kredyt, ze dlugi itp, a jednak pojechalas nie dbajac o to co by bylo gdyby sie cos stalo dzieciom.Troszke to wszystko wydaje sie bardzo egoistycznym podejsciem. Choc podziwiam ze w tym wieku mialas ochote na tak wielkie zmiany w zyciu, bo to nie latwa decyzja, choc pisalas ze dla Ciebie jednak bylo to latwe...Jakos mam strasznie mieszane uczucia ( nadmieniam ze tez mieszkam za granica).Pozdrawiam.

Skomentuj

Upewnij się, że wszystkie wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) są wypełnione.

Na Facebook`u

Najczęściej czytane