Witaj! ZALOGUJ SIĘ

Samotność na emigracji

foto: granicarzeczywistosci.wordpress.com foto: granicarzeczywistosci.wordpress.com

Alvin Toffler w „Szoku przyszłości” wydanym po raz pierwszy w 1970 r. przewidział, że przyjdą takie czasy, że już nie damy rady. Że przestaniemy być wydolni. Że ilość trudnych, skomplikowanych, nie od ogarnięcia sytuacji nas zacznie przerastać. I wówczas, po kolejnym upadku, już się nie podniesiemy i wybierzemy najgorsze z możliwych rozwiązań.

Płacimy wysoką cenę za skok cywilizacyjny. Za to, że bardziej nam zależy na „mieć” niż na „być”. Przemęczenie, przepracowanie, ciągle w biegu. Nie dbamy o siebie, nie odpoczywamy, nie wysypiamy, za to resetujemy trując alkoholem, narkotykami. Ulegamy reklamom, które nas przekonują, że można być szczęśliwym tylko wówczas, gdy jeździmy najnowszym autem, latamy na wakacje do Dubaju, używamy najnowszego iPhona i mamy rozmiar XXS – najlepiej już tydzień po porodzie. Na ekranie komputera widzimy celebrytki ubrane w ciuchy z najnowszych kolekcji, w zegarkach za równowartość naszej rocznej pensji.

Zależy nam na tym, by mieć więcej, ale za tą walką o „mieć’ nie idzie przygotowanie emocjonalne. Żyjemy w czasach rozbuchanej konsumpcji, ale nie nadążamy swoja odpornością psychiczną. Zaczynamy się porównywać z innymi i zazwyczaj wypadamy bladziej….  

ZA SUCHYMI FAKTAMI STOI CZŁOWIEK

W Niemczech statystyki przerażają. Co piąty mieszkaniec przeżywa depresję przynajmniej raz w życiu, a liczba ponownych zachorowań jest bardzo wysoka. Co 47 minut ktoś popełnia samobójstwo, a próba samobójcza ma miejsce co każde 4 sekundy. Coraz częściej samobójcami nie są dorośli, ale młodzież i dzieci. Liczba ta przeraża, jeśli wziąć pod uwagę, że równa jest łącznej liczbie zgonów poniesionych wskutek wypadków drogowych, choroby AIDS, nadużycia narkotyków oraz zabójstw !

W 2011 r. w Hiszpanii po raz pierwszy liczba samobójstw przewyższyła liczbę śmiertelnych ofiar wypadków drogowych. Tak samo wysoko w rankingach znajdują się Japonia, Finlandia, Belgia, Węgry i Szwajcaria, czyli kraje wysoko uprzemysłowione. 

Czytasz te suche dane statystyczne, a przecież za każdą liczbą stoi CZŁOWIEK. Ktoś, kto kiedyś przyszedł na świat, może był dzieckiem wymarzonym, oczekiwanym. Ktoś, kogo kiedyś przytulano, z pietyzmem kąpano w kolorowej wanience, komu czytano do snu. Miał piątki z matmy i tróje z chemii. Wisiał na trzepaku, grał w klasy, bił się z kolegami. Przeżywał rozczarowania miłosne, rzucał i był rzucany. Chciał zostać strażakiem albo baletnicą. Miał plany, marzenia… Za tym człowiekiem stoją też rodziny: żony, mężowie, dzieci, rodzice, dziadkowie, przyjaciele. 

I ten ktoś, może Twój mąż, Twoja żona, kuzyn, przyjaciółka z podwórka, syn, córka nie otrzymali pomocy na czas. Nie potrafili o nią poprosić, a może my nie dostrzegliśmy w porę, że dzieje się coś złego... Niby byliśmy blisko, a jednak zbyt daleko… A może to właśnie my potrzebujemy w tej chwili pomocnej dłoni ?   

Na blogu jedna z dziewczyn skomentowała, że decyzja o emigracji jest w gruncie rzeczy bardzo prosta - jedziemy albo nie. Krótka piłka. Dopiero tu, na miejscu, zaczynają się schody. I jak byśmy nie zaplanowali, przewidzieli, starali, rzeczywistość zawsze nas zaskoczy. I czasami tak, że trudno utrzymać pion. Pojawiają się problemy językowe, kulturowe, światopoglądowe, religijne. Pierwsze lata są najtrudniejsze, najbardziej wymagające. Nawet, jeśli jest życzliwość i zrozumienie, często czujemy się jak obywatele drugiej kategorii. Mieszkamy długo, ale zdradza nas akcent, obco brzmiące nazwisko.

W Polsce nie czujemy się już jak u siebie, tutaj, setki, tysiące kilometrów dalej często dostajemy do zrozumienia, że jednak nie jesteśmy „swoi”. Wpadasz do kraju, a tam wciąż te sama pytania, również o pieniądze. Ciężko pracujesz na to, co masz, a tłumaczysz się, jakbyś ukradł. I gdy dochodzi lustrowanie wzrokiem, zazdrość w głosie, najpierw ignorujesz, ale za którymś razem już masz dość. I odechciewa się już tych wizyt. Ile już razy usłyszałam: „Pani to dobrze, Panią stać, Pani w euro zarabia”. Tak, jakby to euro, funt, frank, dolar leżały na ulicy… 

ZROZUMIEĆ EMIGRANTA 

Ale nikt nie wie, nie rozumie, co się z Tobą dzieje, gdy  pojawią się problemy ze znalezieniem pracy, osamotnienie, izolacja. Nikt z nich nie jest w Twojej sytuacji. 

W sytuacji żony, która wyjechała za mężem, bo dostał propozycję „nie do odrzucenia” na drugim końcu świata. Więc próbuje znaleźć pomysł na siebie, by nie być tylko żoną.

Bądź odwrotnie - w sytuacji męża, którego żona tu, za granicą, robi karierę, awansuje, rozwija, a on nie może się odnaleźć.  

W sytuacji matki, która dba przede wszystkim o stworzenie w nowym miejscu domu. Martwi się o dzieci, czy się zaklimatyzują w nowej szkole, czy zrozumieją polecenia nauczyciela, czy znajdą przyjaciół. Czy obiad na czas, czy rachunki opłacone, czy wizyta u lekarza potwierdzona, czy masło jest w lodówce, a wakacje dopięte na ostatni guzik. I jeszcze nowy język, nowa kultura, nowi ludzie. Trzeba tą codzienność jakoś ogarniać.  Potrzeby matki są często na szarym końcu…

W sytuacji męża, który bierze na siebie ciężar utrzymania całej rodziny, a w Polsce zostali rodzice. I wciąż te wyrzuty sumienia, że oni tam, a on tutaj… A jak coś się stanie i nie zdąży ? Do tego presja społeczna, kulturowa: oczekiwanie, że ma być silny, odpowiedzialny, nie poddawać się, walczyć z przeciwnościami. Ma się wziąć w garść, przestać biadolić, w końcu chłop ! A chłopu nie wypada płakać, być słabym !

W sytuacji osoby samotnej, która po wielu upadkach, porażkach zdecydowała się zacząć od nowa w nowym kraju. I szybko przekonała się, że to doświadczenie jest najtrudniejsze, z jakim przyszło się zmierzyć.

Ale również w sytuacji zawodowej, emocjonalnej, w której tkwi się latami. Brak sił, niewielkie szanse na zmianę, bo i bez dobrego wykształcenia, bo bez pomysłu na siebie, bo w związku od dawna już się nie układa, ale nie wiadomo, dokąd pójść.  

NASZE DZIECI 

Często wyjeżdżamy z Polski dla nich. W imię ich lepszej przyszłości, edukacji na wyższym poziomie, większych szans i perspektyw. Żeby nie mieli, jak my, wciąż pod górkę. Posyłamy je do przedszkoli, szkół, w nowe środowisko. Co prawda wracają po południu do domów, ale codziennie, przez kilka godzin funkcjonują wśród ludzi o innej kulturze, wyznających inne wartości, często wychowane w innych obrządkach religijnych. Myślimy sobie – uczą się różnorodności, tolerancji, szacunku dla innej kultury. To przecież bardzo ważne. Zawsze boimy się o nie najbardziej – czy dadzą radę, czy znajdą przyjaciół, czy się zaadaptują. Często słyszymy, że dzieci najszybciej łapią język, najszybciej się klimatyzują, słowem – nie ma co się aż tak o nie bać. Czasem tak jest, rzeczywiście.

Ale czasem wcale nie. A często my – zaganiani, zabiegani, zmęczeni, próbujący na nowo budować swój świat, nie zwracamy na nie wystarczającej uwagi. A one zaczynają szukać wsparcia gdzieś indziej, w wirtualnej rzeczywistości, wśród znajomych z sieci… Różnie to się kończy. 

Szkolny stres bywa często przyczyną lęków przed niesprostaniem wymaganiom. Do tego dochodzą bóle głowy i brzucha, wahania nastroju. Dokuczanie i przemoc bywa przyczyna depresji, ale również szkolny mobbing, problemy rodzinne oraz wpływ mediów kreujących ideały urody, którym trudno jest sprostać. A stąd już prosta droga do nieszczęścia. 

Trudno im znaleźć kogoś, kto wesprze. Z założenia powinniśmy być to my, dorośli, rodzice. Ale co w przypadku, kiedy i my potrzebujemy kogoś takiego, bo nam samy trudno się odnaleźć ? Jak mamy dać im siłę, skoro sami jej nie mamy ? Kiedy i my czujemy się samotni ? Kiedy i my nie mamy przy sobie nikogo, kto nas tak po ludzku wysłucha – bez komentowania, pouczania i doradzania. Albo po prostu będzie. 

Bo jak tu się przyznać żonie/mężowi, że nie wyrabiamy ? Że czasami to zbyt dużo ? Że nie dajemy rady ? Że wątpmy w słuszność naszej emigracji ? Że chcielibyśmy rzucić wszystko i wrócić ? Bez względu na koszty… Ale przecież oni tak na nas liczą...

Często my sami tak wierzymy w nasze nowe życie, szczęście, że dusimy to w sobie, nie obarczamy najbliższych. Ale też, co trzeba przyznać, puszczamy mimo uszu, gdy zaczynają o tym mówić. "Znów narzeka" – myślisz "znów jej źle…", "znowu coś mu przeszkadza…" Prawda też jest taka, że czasem boimy się przyjąć do wiadomości, że ktoś bliski choruje, bo sami już nie mamy sił. Bo sami powłóczymy nogami i podświadomie czujemy, że kolejnej cegły nie uniesiemy… I pewnego dnia nie mamy sił wstać z łóżka. Albo wstajemy po raz ostatni. 

ALE PAMIĘTAJMY, ŻE ODWAGĄ JEST UPAŚĆ I SIĘ PODNIEŚĆ.
ALE ODWAGĄ JEST RÓWNIEŻ POPROSIĆ O POMOC.

Bo w przypadku spadków nastroju czy lekkiej depresji hasła „weź się w garść”, „ zacznij uprawiać sport”, „endorfiny pomogą” są jak najbardziej na miejscu, by nas zaktywizować. I o to chodzi. O takiego kopa. O taką osobę, która powie „nie, no Ty nie dasz rady ? Oczywiście że dasz !”. Kogoś, kto wypowie na głos nasze zalety, kto pokaże nam, jak wiele nam się udało, więc dlaczego nie może się i jeszcze to… i to… i tamto udać ? Kogoś, kto w nas uwierzy, a jak zaczniemy jęczeć, przerwie w pół słowa i powie: „przestań p** ! Do roboty !”. 

Ale jeśli ten stan niemocy i braku sił trwa, można podejrzewać depresję o średnim nasileniu należy do tego włączyć antydepresanty. I tu już konieczna jest wizyta u lekarza. 

Jednak przy ciężkiej depresji ani aktywność ani leki nie pomogą. Często chorzy przyznają, że powyższe podejście typu „ogarnij się” jeszcze wzmaga myśli samobójcze. Tu jedynym ratunkiem jest szpital. 

Szacuje się, iż depresja zajmuje drugie miejsce - po nadciśnieniu tętniczym - na liście najczęściej występujących chorób przewlekłych, z jakimi spotyka się lekarz ogólny w swojej praktyce. 

JAK ROZPOZNAĆ DEPRESJĘ ?  

Głównie po specyficznym sposobie myślenia o sobie: „ nic nie potrafię… do niczego się nie nadaję…nic mi się nie udaje….”. Ale też o otaczającym nas świecie: „wszystko jest bez sensu…co to za życie…nic mnie nie czeka”. Chory popada w apatię, brak mu sił, energii, chęci do życia. W skrajnych przypadkach przestaje się myć, jeść, dbać o siebie. Nie jest w stanie wykrzesać z siebie żadnych pozytywnych emocji, nic go nie interesuje, choć do niedawna poświęcał jakiejś czynności całe godziny. 

Z nami, emigrantami, sytuacja jest o tyle trudniejsza, że gdy boli głowa, nawet bez dobrej znajomości języka obcego jakoś się porozumiesz i otrzymasz lekarstwo. Przy diagnozowaniu, a następnie wsparciu, musimy wyrazić, to co czujemy. Często to bardzo trudne w ojczystym języku, a co dopiero w obcym. Trudniej też nam znaleźć w swoim otoczeniu taką osobę, która da nam tego kopa, kiedy sił brak. 
Kurczę… zawsze pod górkę…   

I jeszcze jedno, bardzo ważne  -  zarówno mężczyźni, ale też coraz częściej kobiety jako sposób na wyciszenie, oderwanie się od tych wszystkich problemów, emocji, sięgają po alkohol. Najłatwiejszy, najprostszy reset. A to prosta droga do uzależnienia. Nie idźmy w tą stronę.

Nie zabronię, nie wyleję Twojego drinka, nie skarcę Cię jak dzieciaka. Twoja wola. Ale proszę, zastanów się, czy to nie jest Twój sposób na problemy ? Na samotność ? Na oderwanie od rzeczywistości ? I czy to na dłuższą metę pomaga ? Po prostu proszę – zastanów się. Ty podejmiesz decyzję, co dalej. Może znajdziesz inny sposób skanalizowania swoich trosk ? Może – tak nieśmiało zasugeruję - aktywność fizyczna ? 

Niedawno dowiedziałam się, że ktoś, kto jest mi bardzo bliski, a  został w Polsce, jest bardzo ciężko chory. W międzyczasie usłyszałam też kilka złośliwych, nieprawdziwych uwag pod swoim adresem. Wolałam zignorować, wszak głupiego nie przekonam, ale męczyło mnie to cały dzień. Więc wieczorem przebiegłam z psem 16 km i tylko dlatego tylko tyle, bo się zbuntował i chciał wracać. Pewnie bez niego zrobiłabym więcej i to w o wiele lepszym tempie, taka byłam sfrustrowana, bezsilna, zła. Ale wybiegałam to i dzisiaj już lepiej. Zawsze jest sposób. Znajdź swój i Ty :)

TRZEBA PRÓBOWAĆ ! 

Trzeba szukać sposobu na swoje lęki.

Trzeba głośno prosić o pomoc.

Trzeba słuchać swoich dzieci.

Trzeba być bardziej uważnym i dociekliwym.

Trzeba troszczyć się o siebie i o najbliższych.

Porządnie i często przytulać.

Mówić, że się kocha, że docenia, że są potrzebni, ważni.

Otworzyć się na innych.  Często wsparcie możemy otrzymać od osoby, od której najmniej się tego spodziewamy. 

WSPARCIE NA EMIGRACJI 

Kiedy przyjechałam do Niemiec zauważyłam, że ludzi są tutaj bardzo samotni. Bycie daleko od bliskich jeszcze bardziej ją potęguje. Gdy mamy ich przy sobie, jest łatwiej, ale i to czasem nie wystarcza. Bo chyba nie ma nic gorszego, niż samotność wśród ludzi. W Polsce pracowałam jako trener, prowadziłam szkolenia z zakresu m.in motywacji. Pomyślałam, że wykorzystam moją wiedzę, umiejętności, a ponieważ bardzo lubię pisać, zdecydowałam się na blog, założyłam też fan page na Facebooku, potem Instagram. Staram się wspierać i motywować innych, tak jak ja emigrantów, do działania, do wprowadzania pozytywnych zmian w swoim życiu. A ponieważ ważny jest dla mnie sport, staram się też przekazać, jak ważny jest sport i zdrowy tryb życia. Bo ma to ogromny wpływ na nasz stan psychiczny. 

Chciałam dać, ale rzeczywistość mnie zaskoczyła. To zadziałało w dwie strony i okazało się, że chyba więcej dostaję, niż daję - mnóstwo wsparcia, energii, pozytywny feedback. To z kolei daj mi siłę do radzenia sobie na emigracji. Bo samotność i poczucie wyobcowania dotyka każdego z nas, nawet największego optymistę. 

Jeśli zdarzyło Ci się czytać moje artykuły, to nie sposób nie dostrzec, że ten blog nie jest kierowany tylko do kobiet, ale również do mężczyzn. Strasznie trudno jest być kobietą – sama się o tym przekonuję od czterdziestu lat i gdy patrzę na mojego męża mam wrażenie, że facetom jednak w życiu łatwiej. Ale uważam też, że każdy z nas, bez względu na płeć, ponosi ogromną cenę za emigrację. Wszystko zależy od sytuacji, nie sposób każdej porównać, ale nie sposób zaprzeczyć, że bardzo często tak się dzieje. Statystyki mówią, że to właśnie panowie najczęściej popełniają samobójstwa, a do czynników ryzyka zalicza się właśnie depresję, brak wsparcia społecznego, brak bliskich. 

No tak, każda decyzja to konsekwencje, a często nie zdajemy sobie sprawę, jak duże.

No właśnie. I tu ogromna prośba do Ciebie. Link do tego artykułu zostanie wrzucony na FB, na grupach kilku krajów. Jeżeli wiesz gdzie szukać profesjonalnej pomocy w Twojej okolicy – polskojęzycznych psychologów, terapeutów, mądrych lekarzy, psychiatrów, klinik, przychodni, klubów AA, grup wsparcia – napisz w komentarzu, podlinkuj, podziel się tym! Ja wiem, jak to górnolotnie brzmi, ale to chyba nieważne, jak brzmi - może dzięki swojemu wpisowi uratujesz jakąś rodzinę, uratujesz kogoś. Może nie będzie odzewu, może nikt tego nie polubi, ale może kiedyś skorzysta. 

Znam to powiedzenie, że jeśli Polak na emigracji nie zaszkodzi, to już pomógł. I wiesz co ? Spotkałam takich Polaków, a jakże. Ale spotkałam też wspaniałych, niesamowitych ludzi, o ogromnych sercach i myślę, że to po prostu zależy od człowieka. A w Ciebie wierzę ! :* 

Pomóżmy sobie nawzajem :) 

Pozdrawiam serdecznie, 

AT

 

PS. Na moim fan page na FB spotykają się niesamowici ludzie, którzy tak jak Ty mieli odwagę wyjechać i żyć za granicą. Znajdziesz tam wsparcie, motywację do działania i wiele pozytywnej energii.  Jeśli masz ochotę, dołącz do nas:  Emigracja po Sukces 

Przedsiębiorcze, zaradne, ambitne kobiety zapraszam do grupy "Polki sobie radzą, społeczność przedsiębiorczych emigrantek". Grupy kobiet z całego świata, które nie czekają, tylko biorą sprawy w swoje ręce - uczą się, rozwijają, zakładają biznesy. Wspieramy się, motywujemy i inspirujemy nawzajem. Warto !

Zapraszam Cię również do pobrania darmowego E-BOOKA który przygotowałam specjalnie z myślą o emigrantach. Zatytułowałam go  "Bo wszystko zaczyna się od pierwszego kroku..." Sama jestem emigrantką i doskonale rozumiem, z czym się mierzymy. Jakie mamy wątpliwości, jakie potrzeby, czego się boimy i za czym najczęściej tęsknimy. Doskonale też wiem, że wszystko zaczyna się od pierwszej decyzji i pierwszego ruchu. Od małej zmiany, która pociąga za sobą kolejne. A wówczas ani się obejrzymy, a już jesteśmy na właściwej ścieżce :) Wierzę, że ten E-BOOK pomoże Ci zrobić pierwszy krok ! Znajdziesz w nim mądre i wartościowe ćwiczenia, dzięki którym spojrzysz na swoją emigrację jak na szansę. Historia Marty mocno Cię zainspiruje i wierzę, że gdy tylko dojdziesz do ostatniej strony ruszysz z impetem realizować swój cel.  Jaki on jest ? Nie wiem, co postrzegasz jako sukces. Ale czymkolwiek oby on nie był, ten e-book Cię na pewno zmotywuje do działania ! Zapisz się na newsletter i pobierz E-BOOK.  

Znajdziesz mnie również na Instagramie i LinkedIn. 

A jeśli spodobał Ci się ten artykuł - udostępnij ! Dziękuję ! <3

POZOSTAŃMY W KONTAKCIE ! RAZEM BĘDZIE RAŹNIEJ ! 

Do zobaczenia ! 

Ada Tomczak

Ten blog powstał ponieważ uważam, że nigdy nie jest za późno na zmiany. Ja przewróciłam swoje życie do góry nogami. Wiem, co to brak sił, by podnieść się z łóżka. Ale wiem również, że wszystko co złe też się kiedyś kończy. Codziennie ryzykuję, działam, podejmuję wyzwania, by moje życie było takie, jak chcę: zdrowe, aktywne, szczęśliwe. Ty również możesz to zrobić.

Czytaj dalej... ]

18 komentarzy

  • wagnerska
    wagnerska poniedziałek, 26 luty 2018 17:10 Link do komentarza

    W tym co piszesz znajduję kawałki siebie, a z drugiej strony kompletnie się z pewnymi rzeczami nie zgadzam.
    Myślę, że naprawdę wiele zależy od człowieka. Niestety nie każdy z emigrujących jest na emigrację przygotowany. Ja też w sumie nie byłam, ale mam tę umiejętność, że potrafię się odnaleźć i tu i tam. Zawsze tak było. Mama nazywała mnie cygańskim dzieckiem. Wszędzie mi było dobrze.
    Wyemigrowałam do USA mając 24 lata. Uciekłam z toksycznego związku. Fart chciał, że przez kontakty w pracy miałam taką możliwość i bez problemu dostałam wizę na praktykę, potem kolejną (bo wtedy jeszcze można było), a w międzyczasie z miłości, nie dla zielonej karty, wyszłam za mąż za Amerykanina. Lekko nam nie było. Ba! Sięgnęliśmy dna kilka razy. I tak jak piszesz, wiele osób myśli, że jak mieszkasz za granicą, to trzepiesz nie wiadomo jaką kasę, że niby nie borykasz się z tymi samymi problemami, z którymi ludzie borykają się w Polsce. Komentarze "Ty Amerykanka możesz sobie pozwolić na wszystko" nie zasługują na odpowiedź. Zlewam je.
    Kiedy po 10 latach zachorowała mi mama, nie zastanawiając się, zapakowałam cały dobytek: męża, dzieci, koty i przeprowadziłam się do Polski. I jak to ja, nie miałam problemu z odnalezieniem się. Każde spotkanie z przyjaciółką, przyjacielem sprzed lat było takie, jakbyśmy się widzieli może kilka tygodni wcześniej. Mieszkałam tam 5 lat, po czym wrociliśmy z powrotem do USA zostawiając wszystko w Polsce i zaczynając od nowa. Lekko nie było i nie jest, ale jestem niepoprawną optymistką. Cieszę się z tego, co mam, nie zazdroszczę innym, że mają więcej. Uczę dzieci, że nawet jeżeli ktoś im dogryza, bo czasem coś powiedzą z Polskim akcentem, to mają pamiętać, że one mówią biegle w dwóch językach, zjeździły kawał świata (autem po Europie).

    No ale żeby nie było tak kolorowo - to było o mnie. Jeśli popatrzę na twój tekst z perspektywy mojego męża, to on doświadczył dokładnie tego, o czym mówisz. Wpadł w depresję. Nigdy nie lubiłam cwaniactwa i nepotyzmu w Polsce. Tego, że trzeba mieć plecy, żeby coś osiągnąć. Dlatego USA mi podpasowało, bo tu nie ważne jakie się ma papiery, ważne, co się sobą reprezentuje, co się umie. Ale mój mąż wylądował w Polsce i o znalezieniu pracy bez pleców nie ma tu mowy. Facet, a nie może zarobić na rodzinę? Objawy depresji udało nam się dostrzec w miarę wcześnie. Nasza dr pierwszego kontaktu na szczęście znała angielski i przepisała leki, które trochę pomogły, ale efekt był taki, że po 2 latach w Polsce mój mąż musiał wrócić do Stanów, gdzie poszedł się wygadać u terapeuty. Kilka spotkań, plan działania, wystarczyły na tyle, by pozwoliło mu to wrócić do Polski i wytrwać kolejne 2 lata.

    Depresja jest cichym zabójcą. Trzeba wiedzieć, na co zwracać uwagę i tak jak piszesz, reagować, jak najwcześniej się da.

    Myślę też, że my Polacy na emigracji musimy uczyć nasze dzieci patrzeć na świat inaczej, niż nas uczono. Ilu z Was słyszało "Jak się nie będziesz uczył, będziesz nikim?" Ilu ludzi w Polsce ma wyższe wykształcenie i nie ma pracy? Ilu z Was takich wykształconych wyjechało harować fizycznie za granicą mając nadzieję, że w końcu będziecie mogli żyć godnie?

  • Michal
    Michal sobota, 24 luty 2018 16:27 Link do komentarza

    Dla ludzi w potrzebie polecam to psychologa online. Jest juz sporo gabinetow oferujacych terapie przez Skype.

  • Karola
    Karola sobota, 24 luty 2018 11:23 Link do komentarza

    Dziękuje za ten artykuł, bardzo mądry i mimo wszystko dla mnie motywujący:)

  • Webmaster
    Webmaster poniedziałek, 13 luty 2017 07:11 Link do komentarza

    ALEX66 Świetny pomysł! Podziel się z Nami swoimi emigracyjnymi wspomnieniami !!! Oferuję Ci swoją pomoc w realizacji tego przedsięwzięcia :)
    Wiem, jednak że obraz Autorki jaki przedstawiasz w swoim komentarzu jest kompletnie nie trafiony! Ada nie żyje z pisania, podobnie jak Ty musi zapierdalać od rana do zmierzchu aby przeżyć! I na dodatek po całym dniu siada i pisze... Jeśli też tak potrafisz spróbuj! Jeśli nie proszę Cię bardzo nie krytykuj! Ja podziwiam Adę właśnie za to, że potrafi i chce coś zrobić, że nie jest bierna i otwarcie mówi o problemach z którymi każdy z Nas emigrantów zmaga się każdego dnia!
    Wyjechałem z Polski 10 lat temu... Jednak problem emigracji jest mi dobrze znany, gdyż najważniejsza osoba w moim życiu właśnie 25 lat temu podobnie jak Ty podjęła decyzję o emigracji. I dobrze pamiętam, że nawet wówczas istniały telefony. Nie było już "rozmów kontrolowanych" i kontakt był!

  • alex66
    alex66 niedziela, 12 luty 2017 23:08 Link do komentarza

    cos Wam powiem...... to, ze wyjechalismy to nic, to nasza sprawa, wyjechalam gdyz chcialam zarobic !!! nie rozumiesz jednej rzeczy,ty wyjechalas wczoraj i o tym chcesz pisac a ja wyjechalam 25 lat temu i co mam Ci napisac ??? Tzn.mam zrobic swoj blog...??? Mam pisac o swoich przejsciach sprzed 25 lat,zapewne ty jestes od wczoraj a ja od zeszlego wieku, kto mial lepiej i kto ma, ty mozesz w tej chwili nic nie robic tylko pisac a ja musialam zapi....ac zeby miec swoj kat w kraju , u siebie, ty usiadziesz i napiszesz bloga i chcesz miec i chcesz byc zrozumiana i wszystko chcesz, a JA co cholera jasna jestem poza granica tyle lat, mam cie podziwiac, ze piszesz o o tym ze jestesmy samotni itp.normalka, teraz wy mlodzi njie jestescie samotni, ja bylam samotna, mysmy byli samotni ......w tej chwili macie fb,skype, wiber itp. i uwazasz , ze jestes samotna, ja mysle calkiem co innego,masz wszystko do kontaktu i tylko pare groszy a wyobraz sobie , ze ja ie mialam zadnego kontaktu , troche pokory i umiarkowanego zachwytu zycze

  • Ac
    Ac niedziela, 12 luty 2017 21:41 Link do komentarza

    Hej Martana,
    Polacy, o ktorych mowisz (a jest duzy procent) sa uciazliwi i zgadzam sie w 100%, ale w tym artykule jest po prostu mowa o takich, ktorzy faktycznie tesknia za rodzina, sa samotni. Znam taka osobe, ktorej doskwiera samotnosc i napewno nie omieszkam podsunac jej tego artykulu.
    Pozdrawiam wszystkich goraco i zycze wiecej usmiechu kazdemu z Was

  • Ada Tomczak
    Ada Tomczak niedziela, 12 luty 2017 20:55 Link do komentarza

    Bardzo Wam wszystkim dziękuję za komentarze. Każdy z nich daje do myślenia.

    Szczególne wyrazy wdzięczności dla Agnieszki Drummer za link i "Gościa" - Pani, która skorzystała z pomocy Lifeline. Bardzo się cieszę, że podzieliłyście się tym z nami. Bardzo, bardzo dziękuję za te wpisy.

    Ten artykuł nie miał na celu ani nikogo deprecjonować, ani podzielić, ani zdołować. Miał zwrócić uwagę na problem, który oczywiście nie dotyczy tylko emigrantów, ale w naszym emigracyjnym życiu jest często obecny, a tak rzadko w porę dostrzegany. Trudno pisać o rzeczach przykrych i trudnych w radosny sposób.

    Ale wydaje mi się jednak, że w tym artykule można znaleźć wsparcie i zrozumienie. A co najważniejsze - poczucie, że nie jest się w tym wszystkim samym, że to dotyczy tak wielu z nas. A skoro inni próbują, więc może i Ty poszukasz pomocy ? A może nie potrzebujesz, ale to Ty możesz pomóc ?

    Szczęśliwi ci, którzy nie mieli z depresją do czynienia, a samotni są z wyboru i dobrze im z tym. Szanuję ich, jak i chylę czoła przed tymi, dla których los był mniej łaskawy i walczą. Trzymam za Was kciuki i mocno, mocno przytulam !!! Nie poddawajcie się !

    Pozdrawiam serdecznie

  • Janek
    Janek niedziela, 12 luty 2017 18:11 Link do komentarza

    Myśle ,że nie ma jednej uniwersalnej prawdy.W każdy z komentarzy można znależć coś z czym można się zgodzić.

  • Gość
    Gość niedziela, 12 luty 2017 16:05 Link do komentarza

    Co nie którzy nie mają pojęcia. ...co może człowieka w życiu spotkac,bardzo dobry artykul...z życia ...sama przyjechałam 5 lat temu za praca za lepszym życiem...wszystko było ok dopóki nie zachorowałam...ja pełna życia..optymistycznie nastawiona do życia..pełna energii ..zaczęłam gasnac...choroba wykluczyła mnie z pracy..zaczęły się problemy...samotna matka wychowujaca dorastająca córkę.. korzystam tu w UK..Lifeline i nie wstydzę się tego...mam nadzieje ze wszystko się ułoży. ...ale zawsze jest tak jak tego chcemy...pozdrawiam

  • Martana
    Martana niedziela, 12 luty 2017 15:21 Link do komentarza

    Zauważyłam, że Pan Marcin nie przeczytał moich słów, zatem powtarzam je w stanie niezmienionym:
    Ja się nie złoszczę na ludzi dotkniętych chorobą części ciała (w tym wypadku mózgu), tylko na wiecznych malkontentów, którzy koło depresji nawet nie stali. Polak musi być głęboko nieszczęśliwy, nierozumiany i biedny. Wszędzie i zawsze. Aż niedobrze się robi.
    Dodam tylko (bo może napisałam to za mało wyraźnie), że "ludzie dotknięci chorobą części ciała" (mózgu) to właśnie ci z depresją, która jest chorobą części ciała (mózgu) i ich się nie czepiam. Czepiam się zdrowych malkontentów. I nie Panie Marcinie - wszyscy emigranci nie mają choroby psychicznej - depresji.

Skomentuj

Upewnij się, że wszystkie wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) są wypełnione.

Na Facebook`u

Najczęściej czytane